Idąc ulicą spotkałam człowieka, którego temat poruszany jest przez wszystkich choć jest jak rzeka.
Szczęśliwy, żyjąc w swoim świecie kroczył naprzód ignorując spojrzenia wrogich twarzy.
Był zaklinaczem ludzkich uśmiechów, kumulował je w sobie, a następnie rozdawał je tym, którzy najbardziej potrzebowali zmiany na lepsze.
Wszystko co staje się ogromem,kiedyś było błahostką.
Kołysał się w rytm muzyki, którą tworzył w swojej głowie, a alkohol tańczył w jego żyłach, przyśpieszając bicie serca.
Każdy jego krok malował paletą barw szarość nocy panującą tej nocy w Warszawie.
Jakby spod ziemi wyrosła kobieta, tuż naprzeciwko niego, zakłócając spokój jego duszy.
Nie wnosiła zbyt wiele do życia przechodniów, ale każdy okazywał jej chociażby odrobinę współczucia, lecz nie on.
Nie mając zbyt wiele czuł się zakłopotany mimo tego wsadził rękę w kieszeń i wyjął z niej banknot, na którym widniał Władysław Jagiełło.
Podbiegł do niej i z oczami pełnymi nadziei na lepsze jutro, wręczył jej kawałek papieru, który nie pozbawił go niczego, a dla niej oznaczał tak wiele.
Mimo wielu spekulacji i słów chłodzonych cynizmem, pamiętajmy o tym, że my sami decydujemy o tym jakimi jesteśmy ludźmi.
W każdym z nas istnieje ziarno dobra, które może zaowocować, więc zamiast okazywać współczucie weźmy z niego przykład i dajmy coś od siebie, niekoniecznie pieniądz, bo to nie on ma największą wartość, ale chociażby czas, który odpłacą nam swym uśmiechem.