Grunt osuwa nam się spod nóg, ale to nie oznacza, że tracimy kontrole nad naszym życiem. Zawsze mamy nadzieję, że to tylko drobne przemieszczenie. Nie ufamy sami sobie, dlatego wpadamy w panikę.
Łapiemy się wszystkiego czego tylko możemy, ale po co ?
Może dzięki temu, że tracimy poczucie bezpieczeństwa, jesteśmy w stanie nauczyć się pływać ?
Jesteśmy zmuszeni do ratunku, a dzięki temu odkrywamy, że jesteśmy w stanie sami dać sobie radę.
Najgorszym przeżyciem jest chyba spojrzenie w oczy ukochanej osoby i nie dostrzegać w nich radości, która gościła co dnia, aż do pewnego momentu.
Zastanawiamy się co mogło się wydarzyć, co zrobiliśmy nie tak.
Strach, przerażenie, smutek, a my jesteśmy skołowani.
Rozmowa, najlepsze wyjście z takiej sytuacji, tak więc próbujemy.
" - Kochanie, co się dzieje ?
- Nic."
Powtarzamy to pytanie, ale odpowiedź wciąż jest taka sama.
Może to początek rozpadu czegoś co do niedawna było najważniejszą rzeczą dla nas ?
Może miłość się wypala, a zostaje nam przyzwyczajenie ?
Nigdy tego tak nie traktowałam.
Nie oczekuje od was aktu tolerancji, ale ja ją kocham i nigdy nie zmieni się to w przyzwyczajenie.
Nie boję się tego, że któregoś dnia może odejść. Szanuję ją i ufam jej, wierzę w każde słowo, ale dopuszczam do siebie myśl, że kiedyś właśnie ta radość doszczętnie się wypali i nigdy już nie zawita w jej pięknych brązowych oczach.
Może wtedy nie będzie już szczęśliwa ? A może już nie jest ?
Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie i wcale nie zdziwię się jeśli was rozczaruje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz