W człowieku rodzą się uczucia bezwiednie. Jest pełen przeczuć, obaw, nadziei.
Najczęściej mamy przeczucie, że w niedalekiej przyszłości zdarzy się coś złego.
Coś co zwali nas z nóg i nie będziemy mogli złapać oddechu po upadku.
Słyszymy jak bomba tyka, mamy coraz mniej czasu.
Nie możemy otworzyć oczu, bo ktoś przesłodził nasze życie.
Nie myślimy racjonalnie i nie patrzymy trzeźwo na otaczającą nas rzeczywistość.
Mamy obawy, które w ramionach drugiej osoby były rozwiewane.
Mamy nadzieję, bo ta umiera ostatnia. To ta słodka wersja tego słowa.
Nadzieja jest matką głupich, lecz każda matka kocha swoje dzieci.
Dostałam balon, każdego dnia zachwycałam się nim, bo kogo nie ucieszyłby balonik.
Odkręciłam wodę w kranie i zaczęłam go napełniać. Nie wiem skąd wzięła się moja nieufność, bo przecież do tej pory wystarczył mi sam zachwyt.
Balonik okazał się dziurawy, a woda uciekała przez każdą drobną dziurkę.
Na pozór tak piękny, źródło mojej radości, w momencie próby okazał się popsuty.
Słyszałam przyspieszone tykanie zegara.
Tik tak, tik tak.
Mój cynizm wziął górę, a ja otworzyłam oczy.
Bomba, która tykała znajdowała się bliżej niż się wydawało.
Trzymałam ją w ramionach.
Troszczyłam się o nią.
Budziłam obok.
Była dla mnie jak balonik, mimo że tykała tak donośnie.
Bomba, która wybuchła stała naprzeciwko z zimną krwią.
Stała się częścią mnie, ale nie zawładnęła całą mną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz